|




|
Powrót do Tygrysy w mieście
Wywiad z Jurajem Krasnohorský'm (reżyser, scenarzysta i producent)
Jak wpadłeś na pomysł nakręcenia takiego filmu? Główną pomysłodawczynią jest Lucia Siposova, współscenarzystka i współproducentka Tygrysów w mieście. Z zawodu aktorka pasjonująca się pisaniem krótkich powieści. Scenariusz Tygrysów jest drugim jej autorstwa, który przeczytałem. Spodobali mi się główni bohaterowie i opis Bratysławy, mojego rodzinnego miasta. Taką Bratysławę zapamiętałem z dzieciństwa i znałem z opowieści. Serce Europy z multikulturową, wielojęzyczną przeszłością. Urok tego miasta zachęcił mnie do rozpoczęcia prac nad filmem.
Czy widzowie z innych części świata zobaczą w filmie coś typowo słowackiego? Przez połowę swojego życia (czternaście lat) mieszkałem w Genewie, Bilbao i Paryżu. Do Bratysławy wróciłem, żeby nakręcić ten film. Barwy i dusza tego miasta są dla mnie zupełnie wyjątkowe. Francuski operator kamety, André Bonzel, również wczuł się w ten nastrój dzięki czemu powstały tak wspaniałe zdjęcia. Lubię myśleć o Bratysławie jako centrum Europy – autoironicznym tragi humorze ludzi i miejsc. Tę ironię i poczucie humoru dostrzec można także w architekturze (budynek słowackiego radia to odwrócona do góry nogami piramida!) i w ścieżce dźwiękowej do filmu. Muzyka ta jest ściśle związana z Bratysławą. Pokrywa cały dwudziesty wiek, każdy z utworów odnosi się do innej generacji miasta. Historia sama w sobie jest prosta, opowiada o nieśmiałym mężczyźnie, desperacko poszukującym swojej bratniej duszy. Tłocałej opowieści stanowi nieznane większości obcokrajowców miasto, co dla mnie jest zupełnie wyjątkowe.
Czego widzowie powinni oczekiwać po Tygrysach w mieście? Co czyni ten film wyjątkowym, dlaczego nie można go przegapić? Tygrysy pokazują jak my (ludzie, którzy pracowali przy filmie) postrzegamy Bratysławę i samych siebie. To opowieść o wyzwaniach dorosłego życia u progu trzydziestki, o poszukiwaniach tej właściwej osoby na resztę życia. O tym jak nasze pokolenie postrzega świat i swoje miejsce w nim. Widzowie zobaczą miasto i jego bohaterów - to wyjątkowa okazja z racji tego, że słowackie filmy nieczęsto wyświetlane są za granicą. A jeśli już jakiś z nich prezentowany jest poza granicami naszego kraju, to z pewnością nigdy nie była to komedia tak barwna jak Tygrysy w mieście. Razem z Lucią przez wiele lat mieszkaliśmy w metropoliach całego świata (Nowym Jorku, Paryżu, Buenos Aires), ale to Bratysława ma w sobie coś wyjątkowego czym chcieliśmy podzielić się z innymi.
Tygrysy w mieście to twój pierwszy film pełnometrażowy. Jak dużym wyzwaniem było nakręcenie go? Stworzenie tego filmu to największe z moich dotychczasowych życiowych wyzwań, ale nie pierwsze. W szkole średniej nie byłem zbyt dobrym uczniem, a jednak po jej ukończeniu przez pięć lat studiowałem matematykę i fizykę. Wyreżyserowanie Tygrysów było znacznie trudniejsze. W tym czasie państwo wspierało produkcje niewielkiego odsetka doświadczonych producentów. Nie zdecydowaliśmy się jednak na współpracę z żadnym z nich, chcieliśmy mieć czyste konto. Zaczynaliśmy we trójkę – ja, Lucia Siposova i Henrieta Cvangova (producent). Razem z Henrietą znaleźliśmy przedsiębiorstwo Artichoke, z Lucią udało się nam przekonać kilka osób do finansowego wsparcia projektu.
Dlaczego grana przez Kristinę Tothovą postać Borsuka mówi męskim głosem? Tę decyzję podjęliśmy dość późno, w końcowej fazie projektu. Nasza historia to historia duszy poszukującej swojej drugiej połówki. Powszechnie uważa się, że każdy z nas ma w sobie typowo kobiece i typowo męskie cechy charakteru. Rudolf Borsuk, główny bohater, jest mężczyzną o kobiecej duszy. To dlatego z trudem przychodzi mu to, co dla innych mężczyzn jest takie proste – tak jak w przypadku jego przyjaciela Hyena, cieszącego się ogromnym powodzeniem wśród kobiet. W filmie widzimy duszę Borsuka, ale słyszymy jego prawdziwy, męski głos. Nie wiemy jak wygląda, to nie ważne. Liczy się dusza. Kristina to idealny wybór do tej roli z powodu jej eterycznego, trochę „z innej czasoprzestrzeni" wyglądu. To unikalny pomysł, ale nie jedyny. W filmie I'm not there.
Jak z perspektywy reżysera oceniasz słowacką kinematografię w porównaniu do reszty Europy? Na to pytanie już od jakiegoś czasu szukam odpowiedzi i niestety wciąż jej nie znalazłem. Moim głównym celem, jako reżysera i producenta, jest tworzenie filmów dla europejskiej publiczności. Najtrudniej jest wypromować film poza granicami Słowacji. Często pytałem swoich zagranicznych kolegów o ich oczekiwania wobec słowackiego kina, ich skojarzenia ze słowem „Słowacja". Moim zdaniem jednym z problemów jest fakt, że wiedza o naszym kraju jest poza jego granicami bardzo niewielka. Ludzie nie wiedzą, czy Słowacja bardziej przypomina Rumunię czy Niemcy. A kiedy pytam o interesujący ich zdaniem temat, ciągle słyszę o komunizmie. Okazuje się, że dwadzieścia trzy lata od jego upadku obcokrajowcom wciąż kojarzymy się z komunizmem. To on wciąż definiuje Słowację jako państwo. Oczywiście ten obraz powoli ulega zmianom, ludzie podróżują i tak dalej. Mówię o ogólnej wizji naszego kraju jaka utkwiła w umysłach innych. Wciąż jednak wierzę, że w tej części Europy mogą powstawać obrazy dla szerokiej zagranicznej publiczności. Dowodem na to jest czeski film Alois Nebel, zdobywca nagrody Europejskiej Akademii Filmowej w kategorii najlepszego filmu animowanego.
Powrót do Tygrysy w mieście
|